sobota, 6 listopada 2021

Colin Stetson - Gdańsk, Drizzly Grizzly (5.11.2021) [GALERIA ZDJĘĆ]

Piątkowy wieczór to dla wielu osób okazja, by zresetować się po tygodniu pracy i wrzucić na luz na imprezie. Ulica Elektryków zdaje się być na taką okoliczność miejscem idealnym, oferując atrakcje miłośnikom różnego rodzaju rozrywki, Podczas gdy w W4 można było zjeść, napić się i potańczyć do elektroniki, w B90 wyszaleć i pośmiać za wszystkie czasy na koncercie Nocnego Kochanka, a w Drizzly Grizzly zachwycić się wirtuozerią Colina Stetsona, kanadyjskiego mistrza saksofonu. Jak łatwo się domyślić wybrałam ostatnią z opcji i zdecydowanie była to dobra decyzja.



Stetson to muzyk nietuzinkowy i bardzo doświadczony, a przy tym niezwykle sympatyczny. Jak przyznał ze sceny koncertuje od czternastego roku życia przez niemal trzy dekady i niezwykle ważny był dla niego powrót do podróżowania i spotkań z publicznością, po dotkliwej przerwie spowodowanej pandemią. Tym bardziej wyjątkowym staje się fakt, że wybrał na jedne z pierwszych koncertów powrotnych właśnie te w Polsce - w Poznaniu, Warszawie i Gdańsku, za co publiczność okazała mu wdzięczność, słuchając z zapartym tchem i nagradzając owacją. 

Jak można było się spodziewać aura Drizzly Grizzly do muzyki artysty pasowała wyśmienicie. Subtelne światło, piękna scena, otoczenie - wszystko było spójne, z jednym małym wyjątkiem, na który nie było wpływu - pogłos dobiegający z sąsiedniego koncertu. Colin, choć był zdegustowany nieco rozpraszającym buczeniem i piskami, dał z siebie maksimum, dbając o każdy szczegół występu. Wykorzystując ledwie dwa saksofony- basowy i altowy, na których grał na zmianę, zagrał godzinny solowy set wypełniony zachwycającymi improwizacjami i nieprawdopodobnym brzmieniem, urzekając delikatnością, porywając basową energią i mrożąc krew w żyłach atmosferą.

Artysta znany z techniki oddechu permanentnego i wykorzystywania możliwości instrumentów w niespodziewanej formie wykreował mroczny, transowy świat, który udzielił się słuchaczom. Ta muzyka doskonale sprawdziłaby się jako ścieżka dźwiękowa horroru czy dreszczowca. Obezwładniający niepokój, rytualność, wwiercający się w umysł rytm perkusyjny, eksperymentalna melodia - choć może wydać się to nieprawdopodobne, wszystko było dziełem jednego człowieka, absolutnego mistrza i geniusza.

Colin hipnotyzował, wprawiał w osłupienie i zachwyt, a przy tym rozczulał poczuciem humoru i naturalnością. Po koncercie chętnie rozmawiał z fanami i z uśmiechem podpisywał płyty. Był to jeszcze jeden przemiły i ciepły wieczór spędzony w doborowym towarzystwie.

Zapraszam do obejrzenia galerii :)