niedziela, 15 września 2019

Riverside - I'm Your Private Wasteland Tour - Koszalin, G38, 14.09.2019 [GALERIA ZDJĘĆ]


Wyprzedana trasa koncertowa, ogłuszający pisk, nieustający doping i szampańska zabawa pod sceną - brzmi jak wspomnienie występu gwiazdy pop w wypełnionej po brzegi hali lub na płycie ogromnego stadionu. Nic tym razem. Takich i podobnych reakcji doczekali się muzycy Riverside, którzy w ramach cyklu polskich koncertów pod szyldem "I'm Your Private Wasteland Tour" postanowili odwiedzić kilka nieoczywistych miejsc, niekoniecznie kojarzących się z wydarzeniami muzycznymi. W ostatni weekend trasy zawitali do Koszalina, przy okazji uświetniając otwarcie Centrum Eventowego G38. 

Riverside - I'm Your Private Wasteland Tour - Koszalin

Riverside po wydaniu "Wasteland" stali się gwiazdami światowego formatu, gromadząc na koncertach na całym świecie słuchaczy spragnionych muzyki przystępnej, lecz niebanalnej i niosącej w słowach ważny przekaz. Mimo zyskanej sławy nie odpuścili, lecz postanowili dalej się rozwijać i poszukiwać nowych inspiracji. Dołączenie do koncertowego składu na stałe Macieja Mellera dodało im skrzydeł i sprawiło, że odzyskali radość wspólnego grania i zapragnęli podzielić się nią z fanami. Było to dla członków zespołu niezwykle ważne po stracie przyjaciela i gitarzysty Piotra Grudzińskiego i niełatwej decyzji o kontynuacji działalności pod szyldem Riverside

Trasa "I'm Your Private Wasteland Tour", podobnie jak jej poprzedniczka, stała się symbolicznym zakończeniem zespołowej żałoby i celebracją radości z faktu, że muzycy przetrwali trudny okres dzięki nieustającemu wsparciu słuchaczy, spośród których najwierniejsi towarzyszą im na kilkunastu-kilkudziesięciu koncertach rocznie. By uczcić niezwykłą więź łączącą zespół i jego sympatyków artyści tym razem postanowili zrezygnować z koncertów w dużych miastach i zorganizować serię występów w małych klubach, by stanąć z fanami oko w oko, móc obserwować ich reakcje i przeżywać muzyczne wieczory wspólnie z nimi, a także przypomnieć sobie zespołowe początki, gdy gra w kameralnych, nierzadko dusznych salach była dla muzyków chlebem powszednim. 

Wspomnianą szeroko pojętą radość dało się odczuć jeszcze przed samym występem. Na kilkadziesiąt minut przed otwarciem bram klubu ustawiła się długa kolejka fanów, którzy z uśmiechem na ustach wymieniali się wrażeniami z poprzednich koncertów, a następnie z ekscytacją i lekką niecierpliwością czekali w pierwszych rzędach przy scenie. Atmosferę rosnącej adrenaliny budowało dodatkowo dobiegające z głośników dwudziestominutowe intro - hipnotyzująca ścieżka dźwiękowa, którą wypełniły skrzek kruków, dźwięki skrzypiec, szczypta elektroniki i psychodeliczne szumy, dokładnie ta sama, którą mieli okazję usłyszeć wszyscy ci, którzy wybrali się na koncerty ubiegłorocznej trasy, krótko po premierze wspomnianej już przełomowej płyty. 

Eksplozja szczęścia nastąpiła, gdy na scenie pojawili się członkowie zespołu. Przywitani owacyjnie rozpoczęli dość przewrotnie, od urzekającej pięknem i niosącej nadzieję i ciepło ballady "The Night Before". Kilka minut później nastąpiło energetyczne uderzenie w postaci "Acid Rain" oraz "Vale Of Tears", których siarczyste riffy, galopady i klawiszowe odjazdy wprowadziły fanów w prawdziwą ekstazę. Podskokom, kołysaniu się, rytmicznemu machaniu głowami i tańcom nie było końca już do samego końca trwającego ponad dwie godziny koncertu.

Podczas występu nie brakowało okazji do współpracy obecnych na scenie i słuchaczy, co podkreślił żartobliwie Mariusz Duda, przyznając, że na koncertach promujących album "Wasteland" muzycy zmuszają fanów do interakcji. Starannie wyselekcjonowane utwory bogate w chóralne wstawki były wręcz stworzone do wspólnego śpiewania i rytmicznego klaskania. Zaangażowanie publiczności spełniło oczekiwania zespołu - z twarzy członków Riverside nie schodziły uśmiechy, co dało się zauważyć w szczególności u Michała Łapaja, szalejącego za klawiszami, bawiącego się thereminem i czerpiącego autentyczną radość ze wspólnej gry z kolegami. 

Bardzo widowiskowo wyglądały także podskoki i ekspresja sceniczna Mariusza Dudy, niejednokrotnie toczącego instrumentalne pojedynki z przymrużeniem oka ze wspomnianym klawiszowcem oraz czarującego solówkami gitarzystą Maciejem Mellerem, wymieniając się z nimi porozumiewawczymi spojrzeniami. W kontekście ekspresyjnego wyrażania radości najtrudniej miał Piotr Kozieradzki skryty za pokaźnym zestawem perkusyjnym. Demonstrował jednak pełnię energetycznych możliwości w swojej grze. 

Względy techniczno-wykonawcze jak zawsze pozostawały bez zarzutu. Koncert był bardzo dobrze nagłośniony i oświetlony, dzięki czemu można było czerpać pełnię przyjemności słuchania i oglądania wydarzeń toczących się na scenie. Przyczyniła się do tego także przyjemna przestrzeń klubu G38, który już niebawem może stać się jednym z ulubionych miejsc miłośników muzyki z Pomorza Środkowego, który dotąd musieli odwiedzać dość daleko położone Trójmiasto, by posłuchać swoich idoli na żywo. 

W setliście obok nagrań z najnowszego albumu znalazły się także starsze dokonania, w tym gorąco przyjęty "Second Life Syndrome", niemal taneczny "Egoist Hedonist", bujający "Escalator Shrine", ujmujący ciepłem "Lost" oraz rozpoczynający bis, dawno nie słyszany "The Depth Of Self Delusion", a także kultowy już "02 Panic Room", od którego fragmentu tekstu wziął nazwę oficjalny fanklub zespołu, "Shelter Of Mine", zrzeszający już ponad półtoratysięczne grono miłośników twórczości grupy, których liczba stale wzrasta. Szczególnie entuzjastycznie przyjęty został też utwór "Addicted", kipiący basowo-taneczną energią.

Bis zakończyło wzruszające wykonanie "River Down Below", w którym gościnnie na basie zagrał były muzyk Blindead Matteo Bassoli, pełniący podczas trasy funkcję technicznego. Pośród energetycznych momentów nie zabrakło także chwil refleksji i nostalgii oraz wzajemnych podziękowań, szczególnie dla fanów obecnych na koncertach regularnie. Co ciekawe, pośród koszalińskiej publiczności zdecydowanie dominowali słuchacze przyjezdni, podróżujący setki kilometrów, by zobaczyć ukochany zespół. Niewielu muzyków może poszczycić się gronem tak oddanych sympatyków. 

Riverside w nowym koncertowym wcieleniu to zespół pewny siebie, świadomy swoich umiejętności oraz oddziaływania na publiczność, czerpiący radość z wspólnego grania. Celem muzyków na tej trasie było sprawienie, by każdy fan wyszedł z ich koncertu usatysfakcjonowany i szczęśliwy. Czy został zrealizowany? Oceńcie sami. Dodam jeszcze tylko tyle, że po występie zgodnie z tradycją można było bez problemu porozmawiać z muzykami, podpisać płyty i zrobić pamiątkowe zdjęcia. Fotografie z samego koncertu możecie natomiast obejrzeć poniżej.