czwartek, 22 listopada 2018

Sólstafir, Árstíðir, Louise Lemón – Gdańsk, B90, 20.11.2018


Islandia to jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Wyspa otoczona bezkresnym Oceanem Atlantyckim zachwyca turystów zapierającymi dech krajobrazami i unoszącą się w powietrzu aurą spokoju. Niezwykła jest także muzyka z tego niewielkiego kraju, w którym gęstość zaludnienia wynosi 3 osoby/km2, kojarzona przede wszystkim z popowo-eksperymentalną twórczością Björk i post rockowymi pejzażami o filmowym zabarwieniu spod znaku Sigur Ros. Od kilku lat coraz więcej mówi się także o islandzkiej scenie metalowej. Jednym z najoryginalniejszych jej przedstawicieli jest istniejący od ponad dwudziestu lat Sólstafir, który od pamiętnej wizyty w warszawskiej Proximie w 2014 roku cieszy się rosnącą popularnością i regularnie powraca na koncerty do Polski. 




Sympatyczni muzycy rozpoczęli swoją tegoroczną trasę koncertową od wizyty w Gdańsku, którą jak sami przyznawali ze sceny i w późniejszych rozmowach z fanami planowali już od dłuższego czasu. Ubolewali, że z braku większej ilości wolnych godzin udało im się jedynie zobaczyć legendarne tereny gdańskiej stoczni. Zachwyceni urokami industrialnego otoczenia klubu B90 zaprezentowali półtoragodzinny porywający występ, łączący w sobie charakterystyczny skandynawski chłód i melancholię, psychodelię, mrok gitarowo-perkusyjnych galopad i rozdzierający, pełen emocji śpiew w języku islandzkim. 


Przekrojowa setlista, zmieniona w stosunku do ubiegłorocznego koncertu w ramach pierwszej edycji festiwalu Prog In Park objęła zarówno ostatni, świetnie przyjęty „Berdreymin” jak i starsze dokonania, obejmujące kluczowe nagrania z albumów „Ótta”, “Svartir Sandar” oraz “Köld”. Ku uciesze starszych fanów, pamiętających black metalowe zespołowe początki wybrzmiała także jedna kompozycja z tego okresu. Sólstafir wystąpił jako kwintet – gitarzystę i wokalistę Aðalbjörna Tryggvasona wsparli przyjaciele - drugi gitarzysta, grający także na banjo, rudowłosy basista z warkoczami dłuższymi niż te u Nicka Beggsa, kipiący energią perkusista oraz szalejący za swoim instrumentem klawiszowiec. 


Koncert rozpoczął się punktualnie o 20:45 od mrocznego, opatrzonego filmem instrumentalnego wstępu w postaci „Náttmál”, w trakcie którego artyści pojawili się na deskach sceny klubu, by chwilę później zaatakować z całym impetem gitarową ścianą dźwięku i nieposkromioną, dziką energią. Black metalowe, mroczne galopady kontrastowały z post rockowym budowaniem napięcia i nostalgicznymi melodiami, podkreślonymi rozdzierającym wrażliwe serca głosem wokalisty. Surowe, pełne przestrzeni brzmienie przywodziło na myśl islandzkie krajobrazy i pozwalało dać się ponieść niezwykłej atmosferze. 


Między zespołem i fanami praktycznie od razu wytworzyła się chemia.  Aðalbjörn co rusz zeskakiwał na ustawione przed klubową sceną głośniki by być jak najbliżej słuchaczy, którzy odwdzięczali mu się entuzjastycznymi reakcjami – klaszcząc, krzycząc, piszcząc, tańcząc pogo i kołysząc się w rytm dźwięków. Kulminacyjnym punktem wieczoru był wieńczący bis brawurowy popis lidera zespołu, który podczas wykonywania “Goddess of the Ages” przespacerował się po barierce, przybijając piątki z publicznością, a następnie rozdając gitarowe kostki.  


Poza wspomnianym utworem największy aplauz wywołała „Fjara”, a także wykonany również w ramach półgodzinnego bisu „Bláfjall” z niezwykle ważnym przekazem. Wcześniej niezbyt skory do objaśnienia znaczenia utworów zespołu wokalista przed jego wykonaniem wytłumaczył, że jest on poświęcony zmarłemu przyjacielowi i przestrzegł zgromadzonych przed zgubnymi skutkami depresji, na którą cierpi coraz więcej młodych osób. Uczulał fanów, by rozglądali się wokół siebie i rozmawiali ze swoimi przyjaciółmi, gdyż może okazać się, że to właśnie ich pomoc będzie kluczowa w zwalczeniu tej destrukcyjnej choroby. 


Sólstafir nawiązał z polskimi fanami relację szczególną, której wyrazem jest obustronna miłość. Zespół dał temu dowód nie tylko podczas występu i po jego zakończeniu, gdy cały kwintet spotkał się z fanami, by zamienić kilka słów, zrobić pamiątkowe zdjęcia i podpisać płyty, ale również przed występem, kiedy wokalista wyszedł na chwilę przed klub, by przywitać się z czekającymi na otwarcie bram stęsknionymi wielbicielami. Schodząc ze sceny muzycy obiecali, że wrócą do Gdańska tak szybko, jak będzie to możliwe. 


Warto wspomnieć także, że przed gwiazdą wieczoru wystąpiła wokalista Louise Lemón oraz folk-rockowy zespół Árstíðir. Pop-rockowe ballady Szwedki miały w sobie coś ze skandynawskiego mroku, jednak nie do końca wpisały się w formułę koncertu. Długonoga blond włosa artystka przykuwała uwagę bardziej swoim wyglądem niż głosem, niemniej jednak znalazła swoich zwolenników, którzy oklaskiwali ją gromkimi brawami. Po jej półgodzinnym recitalu przyszedł czas na dobrze znany polskiej publiczności islandzki kwartet, na czele którego stoi zaprzyjaźniony z polskimi słuchaczami i całkiem prawnie posługujący się naszym językiem Ragnar Olafsson, regularnie grający w małych polskich miejscowościach solowe trasy. 


Muzycy zagrali czterdziestopięciominutowy set wypełniony starszymi i nowszymi kompozycjami, w tym z wydanego w tym roku albumu "Nivalis". Zachwycili słuchaczy melancholijnymi, ulotnymi melodiami, w których dominowały delikatne brzmienia gitar akustycznych, wiolonczeli oraz klawiszy, a towarzyszył im przepiękny śpiew trójki muzyków, którzy wykonali nawet jeden z utworów acapella. Był to jeden z najlepszych suportów, jakie miałam okazję usłyszeć w ostatnim czasie.