poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Slipknot, Jinjer, Vended - Gdańsk/Sopot, Ergo Arena, 7.08.2022

Czy trójmiejscy fani metalu ochłonęli już po sobotnich wydarzeniach w Klubie Ucho? Jeśli tak, to pewnie spotkali się w niedzielny wieczór w Ergo Arenie, by wraz z sympatykami ciężkich brzmień z całej Polski, a może i nawet szerszego geograficznego obszaru bawić się w najlepsze na koncercie jednego z najpopularniejszych metalowych zespołów na świecie. Podczas gdy stoczniową sceną S1, która w czerwcu była główną areną zmagań na Mystic Festivalu, zawładnął ku uciesze młodej publiczności raper Mata, w szczelnie wypełnionej gdańsko-sopockiej hali sportowo-widowiskowej zagrał Slipknot, niosąc ze sobą gruz, ogień i zniszczenie. Przed bohaterami wieczoru zaprezentowały się wschodzące gwiazdy, Vended i doskonała ukraińska grupa Jinjer. Oj było głośno i intensywnie.


Dawno nie byłam na dużym, arenowym koncercie i gdy idąc do Ergo Areny zobaczyłam gigantyczną kolejkę ludzi czekających na wejście przypomniałam sobie momentalnie, dlaczego preferuję nieco mniejsze wydarzenia i maksymalnie kilkunastotysięczne festiwale. Jeszcze kilka lat temu wybrałabym pewnie miejsce na płycie i biegłabym ile sił w nogach, by być co najmniej kilka godzin przed koncertem pod areną i znaleźć się jak najbliżej zespołu, tak tym razem zwyciężyły względy zdrowotne i komfort odbioru muzyki. Trybuny nie takie złe, jak można by sobie wyobrażać, szczególnie jak uda się zarezerwować pierwszy rząd w jednym z sektorów. Nawet coś widać, nieźle słychać, nie jest się zmiażdżonym w tłumie, ale od początku...

Jak przystało na Mystic Coalition wszystko rozpoczęło się zgodnie z planem. Z hukiem,  z grubej rury i z nieprawdopodobną energią tuż po wybiciu godziny 19 zaatakowali Vended. Młodzi muzycy, spokrewnieni z gwiazdami wieczoru - wokalista to syn Corey'a Taylora, a perkusista to potomek Shawna „Clowna” Crahana zagrali krótki, ale bardzo intensywny set, podczas którego zagrali materiał z debiutanckiej EPki. Nie można im odmówić charyzmy i mocy - rozruszali i rozgrzali do czerwoności publiczność.

Atmosferę jeszcze bardziej podgrzali Jinjer, którzy znaleźli się w składzie tej trasy nieprzypadkowo - są rewelacyjni, co udowodnili na scenie po raz kolejny. Nie straszne im duże sale i wielkie festiwale - po prostu robią swoje, dając z siebie maksimum. Jinjer mają wszystko, czego potrzeba, by być najlepszymi - fenomenalnych, kreatywnych instrumentalistów i kompozytorów oraz doskonałą, wszechstronną wokalistkę, która potrafi zaśpiewać pełnym pasji głosem, by za chwilę wywrzeszczeć z potężną mocą to, co jej leży na sercu. Niewielu potrafi w taki sposób łączyć czysty wokal i growl jak Tatiana Shmailyuk. W czterdziestu minutach zmieścili esencję swojego niepowtarzalnego brzmienia i pozostawili ogromny apetyt na więcej. Mam nadzieję, że niedługo będzie okazja, by doświadczyć tych emocji ponownie.

Wszyscy czekali jednak na to, co zaprezentuje Slipknot - zespół kochany, wielbiony, ceniony przez tłumy fanów na całym świecie. Czy fani byli zachwyceni tym, co zobaczyli i usłyszeli? No właśnie... W sieci pojawiło się dużo negatywnych głosów dotyczących jakości nagłośnienia podczas występu gwiazd wieczoru. Trudno się z nimi nie zgodzić - koncert niestety brzmiał bardzo jednorodnie i dość monotonnie, jakkolwiek wygląda to w kontekście tak hałaśliwej i wyrazistej muzyki, jaką jest metal. Dzięki zatyczkom, bez których nie ruszam się na koncerty (polecam nie tylko ze względu na ochronę słuchu - komórki słuchowe wbrew opiniom niektórych raz uszkodzone nie regenerują się, ale także dlatego, że zwiększają komfort słuchania, wytłumiając skutecznie niepożądane szumy) byłam w stanie wychwycić zarówno wokal jak i poszczególne instrumenty, jednak brzmienie całościowo zdecydowanie nie zachwycało. Było płaskie, jednolite, brakowało w nim selektywności, nie można było za to odmówić mu mocy rażenia - ta była piekielna. Prawdopodobnie i tak w porównaniu z osobami na płycie i innych częściach sali miałam szczęście, bo słyszałam cokolwiek poza potwornym hałasem i miażdżącym wnętrzności basem. Głośniki skierowane były na wprost sali, a nie na bok, dzięki czemu ku górze niosło się sporo dźwięków bezpośrednio ze sceny. Choć tyle, a może aż tyle na pocieszenie.

Oczywiście można było na bieżąco wyobrażać sobie, w których momentach znanych i cenionych utworów były te wszystkie skomplikowane smaczki dźwiękowe, te szyte kawałeczek po kawałeczku zwarte struktury, ale czy o to chodzi na koncercie? Tu zdania będą oczywiście podzielone. Jedni lubią widzieć, inni po prostu być i przeżyć coś, co zapamiętają na długo, jeszcze inni słuchać ulubionej muzyki w nowym wymiarze. Dla miłośników jedynie doświadczeń wizualnych mógł być to występ idealny - koncerty Slipknot to dopracowane show z ogniem, wystrzałami i piekielną mocą rażenia, a także specyficznym wizerunkiem - wszyscy członkowie zespołu noszą charakterystyczne maski. Wrażenie robili umieszczeni na wysokich platformach po bokach sceny i wykonujący różne akrobacje bębniarze, nieobojętna pozostawała też ekspresja sceniczna wokalisty oraz charakterystyczne, energetyczne machanie włosami członków zespołu.

Zdecydowanie najcenniejszym doświadczeniem każdego koncertu jest bezpośredni kontakt między artystami i fanami i tego także zdecydowanie członkom Slipknot odmówić nie można. Muzycy potrafią doskonale sterować publicznością, która je im z rąk, robiąc wszystko, o co się ją poprosi. Rozentuzjazmowani fani reagowali ekstatycznie na każde skinienie, każdy gest, wiwatując, skandując, krzycząc i bawiąc się w najlepsze. Co chwilę na płycie Ergo Areny tworzyły się moshpity, trwał ciągły ruch, w wyniku którego fani w pierwszych rzędach byli miażdżeni. Dla stałych bywalców metalowych koncertów nie jest to niczym nadzwyczajnym, a co więcej przynosi im wiele radości i pozwala rozładować nagromadzone emocje.

No właśnie, emocje - takiej szczerości i bezpośredniości, która uderza prosto w serce niestety trochę mi tu zabrakło. Była za to świetna zabawa i dobra setlista - oprócz hitów i przekrojowego materiału zabrzmiał też nowy utwór z nadchodzącej, zapowiedzianej na końcówkę września płyty. Padło ze sceny też wiele słów, wśród których dominowało popularne przekleństwo, podkreślające moc każdego z nich. Bardzo adekwatny był tu też popularny okrzyk metalowej publiczności, domagającej się bardzo dobitnie od artystów jeszcze więcej mocy i energii. Skuteczne okazało się podgrzewanie atmosfery poprzez dopytywanie w drugiej części koncertu, czy publiczność jest gotowa na jeszcze jeden utwór. Osobiście zupełnie mnie to nie rusza, ale takie zabiegi działają na tłum jak magnes. 

Nie znaczy to jednak, że nie było momentów emocjonalnych - np. podkreślenia relacji między zespołem i fanami poprzez określenie mianem wielkiej rodziny, podziękowań za energię przez cały wieczór, za ciepłe przyjęcie gości trasy, obietnicy szybkiego powrotu czy końcowego wspólnego ukłonu wokalistów Slipknot i Vended - ojca i syna. Czegoś jednak ewidentnie zabrakło i trudno jednoznacznie orzec czego. Cieszy jednak ogromnie fakt, że muzyka metalowa ma tak wielu odbiorców i tak wierną, oddaną publiczność, która nie tylko potrafi wypełniać mniejsze i większe kluby, lecz także duże areny. To bardzo miła odmiana w dobie dominacji plastikowego popu i rapu.